przechwytywanie6Przechwytywanie

Bądź częścią pozytywnej całości

fot. Aleksandra Urbaszek

Potrzeba przynależności istnieje w każdym z nas tak samo, jak potrzeba bycia ważnym, czy kochanym. Jeśli możemy gdzieś przynależeć, stajemy się elementem tego, co jest dla nas cenne. Bez względu na to, czy stajemy się częścią istotnej dla nas grupy towarzyskiej, społeczności zorganizowanej przez jakieś instytucje, czy też odnajdujemy się w drużynie sportowej, dostajemy szansę stworzenia czegoś pozytywnego zarówno wewnątrz siebie, jak i na zewnątrz.

Jeśli przestaniemy skupiać się tylko na swoim indywidualizmie i próbować osiągnąć coś wyłącznie w pojedynkę, mamy szansę nie tylko na sukces, ale na stworzenie czegoś, co jest bezcenne- więzi i płynących z nich korzyści. Gdy w życiu chcemy działać absolutnie sami, pragniemy być jedyną gwiazdą sukcesu, skazujemy się na przeżywanie zazdrości, frustracji, lęku przed utratą tego, co już osiągnęliśmy, ale przede wszystkim, skazujemy się na izolację, a ta potrafi nieźle namieszać i w głowie, i w ciele. Ludzie samotni, bez poczucia przynależności do pozytywnie działającej grupy, są bardziej podatni na pogorszenie zarówno kondycji psychicznej, jak i fizycznej. Działać w grupie to często móc więcej. Więcej dla siebie i więcej dla innych.

Gdzie indziej, niż właśnie w grupie, masz szansę dać z siebie to, co najlepsze innym, a jednocześnie uczyć się od pozostałych?

Gdzie indziej dowiesz się o sobie tak wiele?

Gdzie indziej będziesz mieć szansę przeglądać się w tylu lustrach, by móc zobaczyć co w tobie jest i zmieniać się na lepsze?

Gdzie, jeśli nie w grupie, będziesz mieć okazję poznać inne spojrzenie na te same sprawy?

By stać się częścią grupy, musisz otworzyć się na te wszystkie „inności“, które wnosi każdy z osobna, ale czy to właśnie nie to daje okazję do rozwoju, wyjścia poza stary punkt widzenia?

Życie tylko dla siebie jest pełne smutku i frustracji. Praca wyłącznie na swój sukces zawsze w końcu wypala. O wiele łatwej odnaleźć sens w byciu dla innych, w przynależeniu, byciu ważnym elementem jakiejś całości, która działa nie tylko w naszym interesie. Nie trzeba jechać na koniec świata i oddawać się medytacji w buddyjskiej wiosce, by móc poczuć się częścią czegoś ważnego, bo odnaleźć sens możesz dużo łatwiej i dużo bliżej.

Po co być tylko dla siebie i myśleć tylko o sobie? Zaangażuj się w coś z innymi, przyłącz się, daj coś z siebie, a i ty zyskasz znacznie więcej, niż działając w pojedynkę. Daj innym wsparcie, radość, powód by czuli się gdzieś potrzebni, a wypełni cię to samo. Sięgaj po sukcesy i doświadczaj przegranej razem z innymi, a zyskają one odmienny smak. Wpuść do swojego życia ducha drużyny i graj o wspólny cel, ucząc przy tym innych, że mogą polegać na tobie i ucząc się polegać na innych. Żaden zawodnik nie wygrywa meczu sami i życia też nie „wygrywa“ się w pojedynkę.

A Ty- jak traktujesz samego siebie?

fot. Aleksandra Urbaszek

Bez względu na okoliczności, to Ty jesteś tą osobą, z którą spędzasz najwięcej czasu. Bez względu na to gdzie mieszkasz, to Twoje ciało jest Twoim „domem“ każdego dnia. Bez względu na to, co mówią inni, to Ty decydujesz w co wierzysz i kogo słuchasz.

Dlatego szanuj siebie, swoje wybory i swoje ciało. Bądź dla siebie przyjacielem- wybaczaj sobie, dawaj kolejne szanse i polub się za coś.

Zacznij być dla siebie takim, jakim jesteś dla tych, na których zależy Ci najbardziej- w końcu przecież dużo lepiej żyje się z kimś, kogo się lubi, niż z kimś, kogo nie akceptujemy.

Czy żyjesz pełnią życia?

Fot. Aleksandra Urbaszek

Wyobraź sobie, że dowiadujesz się dzisiaj, że będziesz przeżywać swoje życie ciągle na nowo, takie samo, jakie jest, takie samo jakie było do tej pory.
Czy ucieszy Cię ta wiadomość, czy raczej w Twojej głowie zrodzi się protest „Nie! Nie chcę tak żyć!“ ?

Jak więc, możesz żyć teraz, żeby za rok, za pięć lat, nie mieć uczucia, że nie chcesz przeżywać swojego życia takim, jakim było i jest do tej pory?
Czy jeśli nic nie zmienisz w swoim życiu dziś, to za rok będziesz znowu czegoś bardzo żałować? Może nawet już dziś, wiesz czego?

Jak możesz żyć, aby czuć, że żyjesz dobrze? Aby Twoje życie miało dla Ciebie sens i a by czuć, że jest TWOJE?

To ważne pytania, które pogłębiają świadomość tego, czy obawiasz się nieprzeżytego życia, czy też czujesz, że żyjesz zgodnie ze sobą.

Jeśli boisz się utraty różnych niewykorzystanych możliwości, przygnębia Cię to, czego nie udało się zrobić w młodości, wszystko to, czego nie da się już zawrócić, przeżyć na nowo, naprawić, wybrać inaczej- niech stanie się to dla Ciebie ważnym sygnałem w wyborze tego jak żyjesz dziś i co właściwie chcesz robić.To właśnie to, co mówi, że prawdopodobnie nie przeżywasz dotychczasowego życia w pełni. Co to znaczy „w pełni“ ? Dla każdego pełnia jego życia jest czymś innym, czy ona jest, każdy może to po prostu poczuć, jeśli zada sobie tych kilka pytań.

Nie szukaj spełnienia w perfekcjonizmie- tam nigdy go nie znajdziesz. Nie szukaj spełnienia w wykorzystywaniu wszystkich dostępnych możliwości- tam, gdzie jest ich wiele, niektóre z nich zawsze muszą zostać odrzucone, by inne stały się możliwe. Nie szukaj spełnienia w zadowalaniu wszystkich dookoła- to z góry skazuje na życie nie swoim życiem, nie swoimi pragnieniami. Naucz się, że wszystko przemija, że nie ma nieskończonych możliwości, nie ma perfekcyjności, ale jest życie, które może mieć sens, życie, którego można nie żałować tak zupełnie, od a do z.

A więc:
Na ile żyjesz swoim życiem?

W jaki sposób nadajesz sens swojemu życiu?

Co pozostawiasz po sobie w innych ludziach?

Jak możesz przeżyć dzisiejszy dzień, by nie był pusty? Tak, by za rok móc powiedzieć, że pomimo różnych błędów i trudności, to był dobry i niezmarnowany czas?

Bycie kobietą- co to dla Ciebie znaczy?

Niektóre z kobiet żyją w przekonaniu, że nie mogą być „słabe“, bo to im zagraża. Pozbawiają się tym samym możliwości czerpania ze swojej wrażliwości, delikatności. Za pożądany przyjmują tylko stan, w którym czują, że niczego od nikogo nie chcą, że są samowystarczalne. A to przecież zupełnie coś innego, niż poczucie, że jest się wartościową, że można z kimś być blisko, ale nie za wszelką cenę. To raczej stan, w którym tak bardzo boją się jakiejkolwiek zależności w relacji, że wolą przywdziać zbroję „sama sobie“ czy „wszystko sama“, a potem i tak cierpią, bo dziwnie pusto i smutno w ich życiu, bo takie ciągłe zmaganie się i walka męczą okrutnie…

Inne z kobiet, są gdzieś w drugiej odsłonie tej skrajności. Boją się podejmowania decyzji, boją się użyć swojej wewnętrznej siły. Dla nich bycie kobietą to bycie nadal trochę nieporadną dziewczynką albo wygodną księżniczką. Jak życie nie potoczy się tak, jakby się chciało, zawsze mogą zezłościć się na innych lub zły los. Wcale nie są tak bezbronne jak lubią sądzić.

I w jednej, i w drugiej grupie są też te kobiety, które ciągle nie akceptują swojego ciała, swojej kobiecości związanej ze zmysłowością, z takimi, a nie innymi kształtami. Próbują je zmieniać przez znikanie, albo przykrywanie się kolejną warstwą ciałka odcinającą je od poczucia własnej seksualności i kobiecości. Katują się na różne sposoby, niszcząc nie tylko swoje ciało, ale siebie w ogóle.

Wszystkie nie mogą być do końca sobą, ukrywają prawdziwe Ja, nie akceptują go. Ktoś, kiedyś je tego nauczył, ale przecież teraz, gdy są dorosłe, mają swój los w swoich rękach.

Kobiecość to zarówno możliwość czerpania ze swojej wrażliwości, delikatności, jak i ze swojej siły, które to z resztą wspaniale współgrają ze sobą. Możesz wejść w zdrową zależność ze swoim mężczyzną, jednocześnie zachowując swoją indywidualność i szacunek do swoich potrzeb. By pozostać wartościową, nie musisz walczyć z mężczyzną, nie musisz chować swojej wrażliwości i uczuciowości, ani ich wykorzystywać do manipulacji. Jako kobieta, możesz wnieść wiele ciepła, harmonii i dobrych decyzji nie tracąc zupełnie na swej sile i zdrowej odrębności.

Kobieto! Pomyśl, że jesteś złożona z różnych części, które składają się na piękną całość. Masz część, którą być może nazywasz „słabszą“, bo sprawia, że stajesz się bardziej delikatna, masz też taką, która wiąże się z innym rodzajem siły- z działaniem, z kreatywnością. Czasem odzywa się ta część Ciebie, która Cię broni, a czasem odezwie się ta, która potrafi skrytykować. Masz w sobie części, które pomagają Ci spełniać różne role w życiu- rolę kobiety-partnerki, żony, rolę matki, przyjaciółki, babci, czy córki. Masz również tę część, która pozwala Ci na  aktywność zawodową- bez względu na to, czy robisz zawrotną karierę, czy po prostu jesteś dobra w tym, co robisz, a może to najzwyczajniej w świecie lubisz… Jeśli zaprzestaniesz ciągłych prób wyrzucania którejś z tych części, zrozumiesz, że one wszystkie mogą się ze sobą dogadać, jeśli tylko nimi pokierujesz. Jeśli zrozumiesz, że możesz czerpać z każdej z nich, że żadna z nich nie czyni Cię gorszą, czy jakkolwiek „wadliwą“, łatwiej będzie Ci pokazać Twoje „prawdziwe Ja“ , odrzucić maski, czy nienawiść do swojego ciała.

Zawalcz o ważne prawo dla siebie jako kobiety- o PRAWO DO SZANOWANIA I KOCHANIA SAMEJ SIEBIE Z TYMI WSZYSTKIMI PRZEJAWAMI KOBIECOŚCI. Zawalcz o prawo do wybaczania sobie, o prawo do popełniania błędów i uczenia się na nich. Zawalcz o prawo do kochania swojego ciała pomimo jego naturalnych niedoskonałości. Zawalcz o to, by nie poddać się temu głosowi, który, być może właśnie teraz, mówi: „to bez sensu“ albo „i tak się nie uda“. Zawalcz o to, by dać sobie prawo zarówno do brania z życia, do brania od innych, ale także dawania i dzielenia się tym tak, aby inni mogli też czerpać z Twojej obecności i tych wszystkich cech, które niesie ze sobą kobiecość. Twoja kobiecość jest Twoją siłą.

A poniżej jeszcze jeden powód, by pokochać siebie i swoją kobiecość  :)

Bądź dobra dla siebie, Twoja córka słucha…Badania pokazują, że dziewczynki, które sadzą, że ich matki nie lubią swojego ciała, częściej mają problem z samoakceptacją. Posłuchaj , co mówią.

Co się stanie, jeśli przestaniesz działać „jak zawsze”?

fot. Aleksandra Urbaszek

Nawiązując do ostatniego wpisu o pragnieniu miłości, akceptacji i zabieganiu o nie, dziś kolejna odsłona tematu. Tym razem, zachęcam Cię do przyjrzenia się swoim niekorzystnym schematom, które, być może, powielasz w swoich związkach. Zapraszam do zastanowienia się, czy nie odgrywasz roli, która utrzymuje Cię w czymś, co rani. Czy zmiana zachowania może uwolnić od raniącej relacji? A może będziesz mógł ją uzdrowić przez wyjście ze swojej starej roli?

Ilu z nas narzekało, że ciągle coś nie udaje się w związkach, że coś nam nie pasuje, coś niszczy, a nadal nie potrafimy z tego wyjść? Ilu z nas, miało poczucie, że wręcz uzależniło się od huśtawki emocji, krytykującego partnera, czy odwrotnie- od bycia z partnerem zależnym od nas (tak, to bywa równie męczące i destrukcyjne)? Rozum często podpowiadał, że coś jest nie tak, że nie warto tak żyć, że coś nas rani, a jednak jakaś dziwna siła sprawiała, że znowu działo się to samo, tak samo. Potem ten sam żal, smutek, poczucie winy, krzywdy, lub ta sama złość, zniechęcenie. Ta dziwna siła, to nic innego jak emocje, nasze uczucia, które wówczas wydają się zupełnie nie współpracować z rozumem.

O co chodzi?

Otóż, działa na Ciebie coś „starego“, Twoja przeszłość. W każdej rodzinnej relacji, gdzie funkcjonowałeś jako dziecko, szczególnie jeśli czułeś się nie do końca akceptowany, kochany, zaopiekowany, wytwarza się pewien sposób działania. Miał on przynieść upragnioną zmianę, by ukoić twój emocjonalny ból, ale stał się też sposobem na bycie w ważnych dla Ciebie relacjach. Poza tym, w rodzinach dysfunkcyjnych (Nie mylić z patologią- rodzina dysfunkcyjna absolutnie nie musi być patologiczna. Dysfunkcje bywają bardzo subtelne, ale silnie działają na dziecko), to normalne, że nikt nie może być sobą. Cała rodzina podporządkowana jest pewnemu schematowi, każdy ma jakąś przypisaną mu rolę, na potrzeby całej tej machiny wprawionej w ruch już dawno temu. Rola charakteryzuje się tym, że odgrywając ją musisz jakiś być. Rola narzucała nawet to, co można było Ci czuć, a czego nie, a tym bardziej jak mogłeś się zachowywać, by cały ten układ był na nowo odtwarzany, a jak nie. Mogłeś więc, mieć rolę ratownika i ratować jednego ze swoich rodziców, od alkoholu, z depresji, czy czegokolwiek innego w głębokiej nadziei, że coś się zmieni. Mogłeś tłumić swoje emocje i starać się nie być sobą, by zyskać ich miłość, bo wymagano od Ciebie, byś był cicho, nigdy nie płakał, a już na pewno nigdy się nie złościł. Cierpiałeś, ale przecież nie na darmo…Tak przynajmniej miało to wyglądać, w to wierzyłeś. Nauczyłeś się znikać. Być może starałeś się być najlepszy, wręcz idealny w swoich osiągnięciach, bo to miało przynieść upragnioną miłość, dumę z Ciebie i tego, jaki jesteś. Miało naprawić relacje. A może byłeś przekonany, że jesteś odpowiedzialny za samopoczucie swoich bliskich, musisz je kontrolować i tylko w ten sposób możecie wszyscy osiągnąć rodzinne szczęście. Tylko ty mogłeś zadbać o ich dobry nastrój…A może stałeś się kozłem ofiarnym i dzięki temu, że sprawiałeś problemy, twoja rodzina nie musiała się mierzyć z innymi, fundamentalnymi trudnościami? Nieświadomie wziąłeś na siebie całe „zło“ występujące w twojej rodzinie, negatywne emocje swoich bliskich i w ten sposób miałeś ich ocalić?

Tak naprawdę, te wszystkie przekonania mówią o jednym- co muszę robić, jaki być, by stać się kimś wartościowym i sprawić, że wreszcie mnie zaakceptujesz i pokochasz. To Twoje pragnienie, które powstało do, któregoś z rodziców, albo obojga. To Twoje przekonanie o tym, że gdy będziesz taki, a nie inny, to oni się w końcu zmienią i czekają was chwile pełne miłości i zadowolenia z Ciebie. To także przyzwyczajenie do ciągłych konfliktów, do złości, huśtawki nastroju, wycofywania się, niepewności, które chociaż raniły, były czymś znanym i teraz, tak naprawdę, czujesz się nieswojo, gdy tego nie ma. Podświadomie dążysz więc do wytworzenia sytuacji podobnej, do tej z domu rodzinnego, by choć na chwilę poczuć się bezpiecznie (bo w czymś znanym)i upuścić nieco napięcia związanego z czekaniem na kolejną falę złości, krytyki, odrzucenia, czy czegokolwiek innego…

To samo możesz robić dziś. Teraz, po latach przychodzi moment, w którym zaczynasz czuć ciężar tego sposobu myślenia i zachowania. Zaczynasz mieć czegoś dosyć, ale nie umiesz z tego zrezygnować, choć nie wiesz dlaczego. Coś przeszkadza, ale nie wiesz dlaczego to się dzieje, dlaczego w ogóle pozwalasz na krzywdzenie Ciebie, albo dlaczego nie potrafisz wyrażać swoich uczuć, czy być spontanicznym i nie kontrolować innych. Dlaczego krzywdzisz sam siebie? Dlaczego znowu zaczynasz kłótnię, psujesz spokojną atmosferę? Dlaczego uciekasz, gdy ktoś, tak zwyczajnie, okazuje Ci miłość? Dlaczego inni stają się ciężarem dla Ciebie, albo Twoje poczucie wartości zaczyna jeszcze bardziej szybować w dół…Przecież tak się starałeś!

Zakończenie działania według starego, destrukcyjnego schematu jest kuszące, w końcu pragniemy, by coś się zmieniło, by było lepiej, by być bardziej szczęśliwym. Ale z drugiej strony, wymaga to wysiłku i…odwagi! Dlaczego? Ponieważ wymaga konfrontacji z samym sobą, z tym kim naprawdę jesteśmy i co innego mielibyśmy do zaoferowania w związku. Jeśli porzuciłbyś rolę ratownika, księcia na białym koniu, to kim będziesz? Kim będziesz bez tej pozy? Jeśli przestaniesz być błaznem, to czy coś innego pozostanie i co to takiego? Jak zniesiesz niezadowolenie bliskich? Czy oddasz im odpowiedzialność za ich emocje? Jeśli przestaniesz być ciągłą ofiarą, to kim się staniesz? Co będziesz musiał nowego robić? Jaką odpowiedzialność wziąć na siebie, za swoje życie? Widzisz, to trudne nie tyko dlatego, że trzeba odkrywać siebie i życie trochę jakby na nowo, ale również dlatego, że to co robiłeś do tej pory utrzymywało Cię w przekonaniu, że właśnie to dodaje Ci wartości albo obiecuje, że staniesz się wartościowy. Obiecywało, że tak należy robić, by było dobrze…

Uwierzyłeś, że jesteś od ratowania, więc to czyniło Cię jakoś ważnym i potrzebnym, a wizja, że w końcu uratujesz była jak wielka nagroda, która czeka gdzieś dalej. Uwierzyłeś, że bycie ofiarą robi z Ciebie lepszego, dobrego człowieka i to stało się Twoją wartością. Przecież rezygnowałeś z siebie, nigdy nie złościłeś się (choć uwierz- tylko tak Ci się wydaje!), poświęcałeś się tak bardzo i niczego w zamian nie chciałeś (akurat!). Wierzyłeś w to, że totalne dominowanie nad innymi, kontrola dają Ci bezpieczną przewagę nad nieprzewidywalnością, także w związkach, że tylko w takim układzie jesteś bezpieczny, czy wartościowy. Stworzyłeś przekonanie, że jesteś w stanie kontrolować świat tak, by Cię nie zranił, czy tak, by czuć się wartościowym…Tkwisz w „toksycznym“ związku, bo głęboko nadal wierzysz, że jesteś w stanie coś zmienić, że jeśli znowu odegrasz tę samą rolę, zostaniesz nareszcie pokochany i zaakceptowany. Odgrywasz ten sam schemat z przeszłości. Tylko, że nie zauważasz prostej sprawy- że koniec też jest taki sam-tak, jak nie zmieniłeś rodziców i ich zachowania wobec Ciebie, tak samo nie zmieniasz teraz kogoś innego. Zmienić możesz tylko siebie, swoje myślenie, swoje zachowanie.

A teraz masz to porzucić? To co Ci zostanie?

Zobacz, jak bardzo próbowałeś na tym zbudować swoją wartość. Jak bardzo uwierzyłeś, że taka postawa zostanie wynagrodzona i tylko taka wersja Ciebie jest OK. Możesz mieć poczucie, że zostaniesz z niczym, że staniesz się nagle kimś gorszym, ale to nieprawda. Na początku możesz się nawet tego przestraszyć, ale gdy przezwyciężysz ten pierwszy strach i przywiązanie do tego, co choć bolesne, to dobrze znane, masz szansę odkryć w sobie coś bardziej cennego. Masz szansę zobaczyć i poczuć (!), że bez tych starych zachowań jesteś kimś wartym kochania- ot tak, po prostu oraz, że relacja może działać zupełnie na innych zasadach. Zobaczysz swoje mocne i słabe strony, ale nie obawiaj się- to właśnie jest potrzebne , by móc w pełni poczuć się sobą i zaakceptować siebie, także z wadami- to daje siłę. To iluzja o perfekcyjności osłabia, wysysa radość i energię.. Przekonasz się, że bez powtarzania tych starych mechanizmów możesz paradoksalnie poczuć się bardziej wartościowy, niż kiedykolwiek. Wiesz dlaczego? Ponieważ sam przestaniesz warunkować swoje poczucie wartości. Okaże się, że poczucie wartości jest czymś stałym, czymś, co masz w sobie, a nie czymś, co możesz osiągnąć będąc w jakiejś specyficznej roli z przeszłości. Przecież już wiesz, że to nie zadziałało, po co więc to znowu powtarzać?

A więc, co się stanie jeśli przestaniesz działać „jak zawsze” ? Twój związek ze sobą, ale też z innymi może być lepszy i bardziej satysfakcjonujący, jeśli wyrwiesz się z myślenia, które towarzyszyło Ci w Twojej rodzinie pochodzenia. Nie rozpadniesz się, ani Ty, ani Twoi bliscy. Świat nadal będzie istniał, tylko Ty spojrzysz na niego wreszcie nieco inaczej- może zauważysz w końcu inne możliwości? To inny czas, inni ludzie- przeżyją i dadzą radę bez Twojego bycia w roli z przeszłości.  A Ty nareszcie możesz być sobą, bo już nie jesteś bezbronny, jak kiedyś i nie musisz brać udziału w grze z przeszłości, w roli, która przysparza Ci cierpienia.

Jak bardzo starasz się zasłużyć na akceptację i miłość?

 

fot. Aleksandra Urbaszek

Gdzie jest Twoja granica bycia wystarczająco atrakcyjną, wystarczająco szczupłą, granica bycia wystarczająco wysportowaną, wystarczająco mądrą, wystarczająco dobrą, wystarczająco miłą i posłuszną? Wystarczająco dobrą córką, siostrą, żoną, matką, wystarczająco dobrą osobą? Kiedy jesteś wystarczająco dobra dla innych a kiedy dla siebie samej?

Czy starasz się udowodnić, że jesteś wartościową osobą przez spełnianie potrzeb innych, ciągłe zadowalanie ich, nieustanne dążenie do perfekcji? Jeśli masz w sobie presję, by ciągle być „bardziej“ to ciągle szukasz akceptacji u innych. Nadal poszukujesz czegoś, za co będzie można Cię akceptować i kochać. Gdzieś głęboko wierzysz w to, że musisz coś w sobie zmienić, by zasłużyć na prawdziwą akceptację i miłość do Ciebie.

Jak bardzo wierzysz w to, że zasłużysz na szacunek i akceptację tylko wówczas, gdy będziesz godna podziwu? Gdy będziesz „grzeczna“ i najlepsza? Jeśli uważasz, że potrzebujesz takiej doskonałości, to znaczy, że uważasz się za osobę w jakimś sensie wadliwą. To oznacza także, że jesteś przekonana o tym, że inni też tak Cię widzą. A skoro tak myślisz i czujesz, znowu starasz się być najlepszą wersją siebie. Tylko co o znaczy? Dlaczego nie możesz poczuć się wystarczająca już dzisiaj? Masz w swojej głowie obraz doskonałości, wyśrubowane standardy, które uznajesz za słuszne, których spełnienie ma dać Ci poczucie wartości i aprobatę. Stworzyłaś ten obraz będąc jeszcze dzieckiem, małą dziewczynką. Uwierzyłaś, że jeśli będziesz ładniejsza, mądrzejsza, bardziej grzeczna, czy dokonasz czegoś wielkiego- w końcu Twoi rodzice Cię docenią, pokochają, zaakceptują i przestaną krytykować, może któryś z nich będzie nareszcie dumny z Ciebie, a może przestanie wreszcie pić albo wróci do domu?Jako dziecko nie myślałaś o tym, że to dorośli bywają zawodni i nieidealni, uwierzyłaś, że to z Tobą jest coś nie tak, że to Ciebie nie da się lubić, czy kochać.

Czy naprawdę masz stać się kimś innym, by zasłużyć na prawo do istnienia, bycia ważną i kochaną?

Twoje standardy zostały ustalone przez tą małą dziewczynkę, która uwierzyła, że musi być lepsza. Czy nie jest tak, że nic Ci one nie dały, poza ciągłym krytykowaniem samej siebie i poczuciem niskiej wartości? Po co więc je kontynuować, skoro do tej pory nie sprawiły, że czujesz się lepiej sama ze sobą i z innymi ludźmi? Twoja dziecięca wersja siebie potrzebowała stworzyć takie standardy, by móc wierzyć w to, że możesz zrobić coś, by zmienić podejście Twoich rodziców do Ciebie. Nie mogłaś sobie pozwolić na myśl o tym, że Twoi rodzice są zawodni i może się to nie zmienić- to zbyt wiele dla małego dziecka. Dziś, jako dorosła, musisz zrozumieć, że ten sposób myślenia z przeszłości przestał być adaptacyjny. Dziś jest destrukcyjny dla Ciebie, podcina Twoje skrzydła, miażdży poczucie wartości.

Przestań zajmować się przepaścią pomiędzy swoim Ja realnym a Ja idealnym. Ja idealne nie istnieje! Jest tylko Twoją wizją na temat tego jaka musiałabyś być, by zasłużyć na akceptację i miłość. Twoje standardy są związane z dążeniem do Ja idealnego, więc z góry są skazane na porażkę- porzuć je, nigdy nie będą miały sensu! To, czego potrzebujesz to nie jest bycie idealną w tym, czy innym obszarze Twojego życia. Potrzebujesz akceptacji samej siebie, docenienia samej siebie, wiary w to, że jesteś wystarczająca tu i teraz. Potrzebujesz realnej oceny siebie, realnych celów i realnych standardów.Potrzebujesz przestać oceniać siebie tak surowo i bezwzględnie.

Zaopiekuj się tą małą dziewczynką w sobie, która mówi, że musi być lepsza, żeby była czegoś warta. Powiedz jej dzisiaj, że była i jest wystarczająca, że nie musi być kimś innym, by zasłużyć na to, czego jej tak bardzo brakowało i brakuje dziś. Odrzuć nadmierna krytykę, nadmierne zawstydzanie siebie i zobacz, że pod spodem jest coś całkiem przyjemnego- prawdziwa Ty. Zaprzyjaźnij się z tym obrazem, a przekonasz się, że możesz czuć się lepiej bez zmieniania siebie w kogoś innego.

Odpuść swoje iluzje i uwolnij się od żalu

fot.Aleksandra Urbaszek

Czyż nie jesteśmy, czasem zbyt mocno, przywiązani do swoich założeń i wizji? Latami budujemy sądy na temat tego jacy powinni być inni, jaki powinien być świat, wreszcie jakie powinno być nasze życie. Cierpimy za każdym razem, gdy ktoś lub coś ingeruje w ten obraz i burzy stworzony w naszej głowie „właściwy“ porządek. Tylko, który z nich jest „właściwy“, skoro różni ludzie mają różne wizje na temat tego, co być powinno? Która z nich jest tą prawdziwą?

Niewątpliwie prawdziwe jest to, co nam się wydarza. Nawet jeśli jest to niezgodne z naszymi wizjami i oczekiwaniami wobec życia, czy innych ludzi. Gdy burzą się nasze wizje, cierpimy, ale czy to cierpienie daje nam prawo sądzić, że wizja, która właśnie legła w gruzach była tą najlepszą i najwłaściwszą? Czy nie ograniczamy wówczas samych siebie? Czy nie odbieramy sobie prawa do radości z czegoś innego, niż zawartość zburzonego obrazu? W życiu nie chodzi o to, by nie mieć żadnych założeń i pragnień, ale by nie trzymać się ich zbyt kurczowo. Szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość podsuwa nam coś zupełnie innego.

Co zrobisz z tym, co jest, jeśli odrzucisz myśli na temat tego, jak być powinno?

Jak inaczej możesz spojrzeć na różne trudności, jeśli ,choć na chwilę, odstawisz na bok myśl, że to niezgodne z twoim założeniem?

W końcu życie toczy się dalej, bez względu na twoje założenia- możesz więc, być bardziej elastyczny i dalej brać w nim udział, albo stać obok z poczuciem krzywdy z powodu tego, że runął jeden z twoich długo pielęgnowanych obrazów.

Co jeśli zamienisz też „miało być inaczej“ lub „nie tak miało być“ na „chciałam/chciałem, żeby było inaczej“? Czy nie zmienia to nieco sytuacji? Nadal nie jest tak, jakby się chciało, ale nie jest inaczej, niż być „powinno“. Jeśli rozpadł się Twój związek, czy będzie różnica jeśli powiesz, że chciałeś, żeby trwał dłużej od „powinno być inaczej“? Twój żal do innych i do świata może stanie się nieco mniejszy? Oddziel chcenia i pragnienia od czegoś, co nazywasz powinnością i tym, co Ci się należało. W „powinno“ zawiera się więcej krzywdy i rozczarowania, niż to potrzebne.

Zburzone iluzje i założenia zawsze są przyczyną jakiegoś cierpienia, trzeba też przejść pewnego rodzaju żałobę po ich utracie, ale nie warto tkwić w takich emocjach zbyt długo. „Powinno być inaczej“czyli przywiązanie do pierwotnej wizji, jeszcze bardziej zakorzenia w wewnętrznym cierpieniu i nie pozwala odpuścić. Zniechęca do działania i zakłóca bardziej realistyczne patrzenia na teraźniejszość i zdrowsze myślenie o przyszłości.

Nie warto zbyt długo obrażać się na innych i na świat za to, że życie nie jest takie, jak się założyło, że powinno być. Tak naprawdę to wyrządza większą krzywdę tylko Tobie. Długotrwały żal i głębokie poczucie skrzywdzenia skutecznie zabierają radość i możliwość korzystania z tego wszystkiego, co oferuje Ci dzisiaj ten nieidealny świat. Niech tym, co napędza Cię do życia i działania będzie poszukiwanie tego, co dostępne, korzystanie z tego i kreowanie nowego zamiast życie złością czy żalem. Poszukuj tego, co może uszczęśliwiać Cię dzisiaj i daruj sobie myśl, że świat powinien być bardziej sprawiedliwy, czy taki, jak chcesz. Zastanów się raczej co możesz zrobić z tym, co jest i nie pozwól by żal i złość ograniczały Cię przez kolejne dni, miesiące, lata, by potem znów powiedzieć, że życie nie jest takie, jakie miało być.

Miłość. Czym właściwie jest? Czego potrzeba, by przetrwała?

Processed with MOLDIV

Miłość to na pewno proces dynamiczny, coś co się zmienia, nie pozostaje takie samo. Miłość ma wiele odcieni, ale czego potrzeba by związek był na tyle trwały, by móc ich doświadczyć?

W dzisiejszych czasach karmi się nas głównie wizją miłości opartej na zakochaniu. Niezliczona ilość komedii romantycznych, czy historii opowiadanych przez niektórych ludzi z tzw.show-biznesu, także skupia się tylko na tej jedynej części- na pożądaniu i namiętności. Zarówno takie filmy, jak i opowieści urywają się w momencie, gdy ludzie są zauroczeni sobą, przepełnieni namiętnością. Rzadko pokazuje się co jest dalej, jakie inne części są potrzebne do realnego, trwałego związku. Związek pokazany tylko od tej strony romantycznej i przepełnionej namiętnością jest nieco przerysowany i oszukany. Jeśli damy się złapać w taką pułapkę postrzegania miłości, staniemy się niewolnikami poszukiwania ciągle to nowych namiętności, bo mało kto pokazuje również prawdę o tym, że namiętność gaśnie i jest to stanem normalnym. Namiętność i pożądanie to jeszcze nie miłość, choć to jeden z jej składników, który pojawia się na początku tworzenia się relacji. Jednocześnie koniec namiętności często bywa końcem relacji, w której zabrakło czegoś jeszcze, co bardziej spaja i co daje szansę na przetrwanie i dojrzewanie relacji. Na samych emocjach związanych z pragnieniem, pożądaniem, czy uniesieniem miłości się nie zbuduje. Ludzie nierzadko mylą takie pożądanie z miłością, tak samo jak mylą cierpienie z miłością. Myślą, że skoro pożądam i jest namiętność to kocham. Czasem miłość mylona jest też z pewnego rodzaju cierpieniem. Ci, którzy mylą cierpienie z miłością, często im bardziej cierpią i są odrzucani, tym bardziej pożądają i tym bardziej nazywają to wielką miłością. To raczej wielka namiętność i wielkie pragnienie by pokochał ktoś, kto nas w jakiś sposób odrzuca, ktoś, kto jest niedostępny. Poza tym, intensywność takich emocji kiedyś maleje i okazuje się, że poza tym nie ma nic, pustka. Relacja najczęściej rozpada się. Niekiedy ponownie może zostać uruchomiona „gra“ w niedostępność i porzucenie ale z biegiem czasu przestanie dostarczać takich doznań jak te początkowe. Nie tylko obserwacje z tzw. życia codziennego, ale nawet badania dowodzą, że to nie namiętność wyznacza poziom satysfakcji w związku i to nie od siły namiętności będzie zależeć to, czy chcemy ratować relację, czy postanowimy ją zakończyć.

Jakie są więc inne „składniki“ miłości, które muszą zaistnieć, by miłość była miłością trwałą, a nie tylko chwilowym i ulotnym zauroczeniem?

INTYMNOŚĆ i ZAANGAŻOWANIE, które jest też pewnego rodzaju zobowiązaniem.

Czym jest intymność?

Intymność to najsilniejszy wyznacznik satysfakcji w związku. To rodzaj bycia blisko w sposób głębszy, niż tylko fizyczny. W takiej bliskości obecne jest zaufanie i poczucie, że można liczyć na drugą osobę. Jesteś dorosłą osobą, wiesz, że musisz się zmierzyć z różnymi trudnościami, ale wiesz, że ta druga osoba jest, że będzie cię wspierać, że twoje zmagania nie są jej obojętne. Tak samo ty jesteś w gotowości do niesienia wsparcia i podarowania swojej obecności. W bliskości jest troska o drugą osobę i gotowość do wspierania jej, gdy ta tego potrzebuje. To też gotowość do dzielenia się uczuciami bez obawy przed odrzuceniem, albo pomimo takiej obawy i wspólne przeżywanie tego, co nas spotyka. Możesz być sobą i pozwalasz być sobą osobie, którą kochasz. Znacie swoje potrzeby, ale też swoje wady. Bliskość pozwala na lepsze porozumiewanie się, na wzajemne wychodzenie na przeciw potrzebom partnera ale też bez konieczności zaniedbywania swoich. Intymność to te wszystkie zachowania, które w efekcie dają także pozytywne uczucie przywiązania.

Bliskość, zazwyczaj zupełnie inaczej niż namiętność, może być także czymś, czego się bardzo obawiamy. Uciekać przed bliskością można na wiele sposobów. Wcale nie tak mało z nas buduje różnego rodzaju mury, które mają nas zabezpieczyć przed zranieniem, ale niestety zabezpieczają wówczas także przed trwałą miłością. Tworzenie się intymności w związku, to etap, na którym możemy doświadczać lęków związanych z poprzednimi relacjami, a najczęściej związanych ze stylem przywiązania jakiego uczymy się w dzieciństwie (nieco więcej o tym znajdziesz tutaj). Możemy doświadczać lęku przed odrzuceniem a także lęku przed zbliżaniem się i ponownym zranieniem. Warto przyjrzeć się tym lękom bliżej, ponieważ to one mogą znacząco przeszkadzać w budowaniu więzi między partnerami, opartej na zaufaniu i właśnie intymności.

Intymność pojawia się znacznie wolniej, niż namiętność, ale jest też dużo bardziej trwała. To składnik bardzo wrażliwy na zdradę, agresję, czy totalny egoizm- pod ich wpływem potrafi gwałtownie opaść. Odbudowanie intymności jest oczywiście możliwe, ale wymaga znacznie większego zaangażowania. Również utrzymanie intymności przez długie lata nie dzieje się samo.

A czym jest ZAANGAŻOWANIE, zwane także ZOBOWIĄZANIEM?

W zaangażowaniu znajdują się wszelkie decyzje, myśli, uczucia, ale także działania, których celem, i to bardzo świadomym, jest utrzymanie związku. Utrzymanie go pomimo różnych trudności i podjęcie wysiłku, aby związek przekształcać w jeszcze bardziej trwały i stabilny. Doskonale wiemy, że nie zawsze jest różowo, a nam i partnerowi z resztą również, daleko do tzw. ideału, ale pomimo to, widzimy co dobrego daje nam ten związek, bilans strat i zysków jednak jakoś nas zadowala, więc postanawiamy w nim trwać i o niego dbać. Uczymy się tolerować fakt, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka, ale może w ogóle nie potrzeba mieć ciastka, gdy już się je zjadło albo lepiej zachować ciastko, niż je zjeść a potem smucić się, że już go nie ma? Zaangażowanie może wzrastać oczywiście pod wpływem samej satysfakcji ze związku, ale także dzięki obniżeniu atrakcyjności tego, co pozostaje dostępne poza związkiem. Co ciekawe, obniżanie atrakcyjności tego, co jest dostępne poza związkiem, czyli także atrakcyjności innych potencjalnych partnerów, następuje w sposób nieświadomy właśnie u tych osób, które są silnie zaangażowane w obecny związek. Chronimy to, co nasze, co uważamy za wartościowe. Nie dziwi więc fakt, że najbardziej ze związków zadowolone są osoby będące w takich relacjach, gdzie obie strony zaangażowane są na podobnym poziomie. Wszelkie dysproporcje wpływają niekorzystnie na samopoczucie w związku. Nie tylko bliskość, ale właśnie również zaangażowanie tworzą tak istotne w związku poczucie bezpieczeństwa. W końcu każdy chce, aby partnerowi zależało tak samo, jak nam i aby dla niego związek także był czymś, o co chce się starać. Silne zaangażowanie może pozwolić przetrwać nawet największe kryzysy. Warto więc zatroszczyć się o ten aspekt relacji, zrozumieć co przynosi nam nasz związek i starać się utrzymać go w jak najlepszej kondycji. Może nie warto bać się zobowiązań i tego wszystkiego, co bardziej wiąże, skoro i to może pozwolić przetrwać i pozwolić dalej rozwijać się miłości?

NAMIĘTNOŚĆ, INTYMNOŚĆ i ZAANGAŻOWANIE to trzy składniki tzw. miłości kompletnej. Miłość pełna, kompletna nie spada na nas jak zakochanie, poza emocjami potrzebuje też rozumu i pracy włożonej w związek przez obie strony. Zakochanie jest raczej czymś bardziej nakierowanym na siebie, bardziej egoistycznym i opiera się głównie na wyobrażeniu na temat danej osoby i doświadczaniu głównie radości i uniesień w związku z tym. Miłość zaś, ukierunkowana jest bardziej na drugą osobę, z większym zaangażowaniem, troską i jest bardziej gotowa na różne przeciwności losu, bo nie tylko uczucia grają tu rolę, ale także rozum wie, że warto.

Jeśli coś, co było, teraz już nie trwa, oznacza to, że zmiany były niezbędne

fot. Aleksandra Urbaszek

„Chcę, żeby było jak dawniej.“

„Kiedyś było lepiej.“

„Wcale nie było tak źle, jak mi się wydawało.“

Czy myślisz tak czasem? Czy to jedne z tych przekonań, które obniżają Twój nastrój i pozbawiają siły ?

Nawet jeśli to „dawniej“ było przyjemne, pamiętaj, że z jakiegoś powodu się skończyło, a przede wszystkim pamiętaj o tym, że nie potrzebujesz wskrzeszać „dawniej“, by mogło być dobrze dziś. „Dawniej“ jest Ci potrzebne głównie do rozpamiętywania i wzbudzania większego żalu. Jeśli coś, co było, teraz już nie trwa, oznacza to, że zmiany były niezbędne. Zmiany, by móc coś utrzymać, albo zmiany by móc coś skończyć. Zmiany, które mogą pozwolić Ci czuć znowu satysfakcję, radość, pozwolić poczuć się kimś, kto jest kochany, poczuć równowagę, jeśli tylko do tego je wykorzystasz. Zmiany, które często dotyczą Twojego wnętrza, a więc najpierw musisz poczuć dyskomfort, by coś chcieć zmieniać…

Poza tym, skoro wszystko ciągle się zmienia, dlaczego sądzić, że tkwienie w jednym, tym samym punkcie byłoby dobre? Tak, jak w związku nie da się utrzymać stanu zakochania z jego początków, tak w wielu innych kwestiach Twojego życia nie da się utrzymać pewnych stanów z przeszłości. By w związku była miłość, związek musi się rozwijać, przechodzić kryzysy, wzrastać właśnie na poczynaniu pewnych zmian. Możesz wówczas utrzymać uczucie kochania i bycia we wspólnocie jaką jest związek, przy czym jest to równoznaczne z tym, że nie jest tak, jak wcześniej, ale tez być nie musi, a nawet nie zawsze powinno, bo Ciebie z „wcześniej“ też już nie ma. Tak samo w innych aspektach Twojego życia- jeśli pozostaniesz tylko w przywiązaniu do tego, co było, pozbawisz się szansy na wzrastanie i dalsze doświadczanie również tego, co dobre. Jeśli zaprzeczysz zmianom i utratom, pozostaniesz jedynie w żalu.

Pamiętaj też o tym, że w momentach, w których odczuwamy spory dyskomfort w życiu, mamy tendencję do widzenia tego, co straciliśmy jako bardziej wartościowego. Jednym słowem, gdy jest nam źle, możemy idealizować swoją przeszłość, choć w trakcie jej trwania wcale nie było nam tak dobrze. Jeśli tęsknisz za uczuciem, które było, zrozum, że z jakiegoś powodu nie mogło dalej trwać w takich samych warunkach i w tym samym kształcie. Możesz znowu je poczuć, ale by mogło zaistnieć i trwać dziś, potrzebujesz już czegoś nieco innego, niż w przeszłości.

Nie ma więc sensu wracać do tego, co było i szukać siebie z przeszłych czasów. To miało rację bytu wtedy i tylko wtedy. Dziś jesteś kimś z innymi doświadczeniami, masz coś innego i to ma sens. Czy potrzebujesz miłości z przeszłości, by móc dzisiaj kochać i być kochanym? Czy potrzebujesz być w tych samych miejscach, co kilka lat temu, by przeżywać podobne stany? Zdecydowanie nie! Najbardziej potrzebujesz odklejenia się od przeszłości jako wizji czegoś, w czym było lepiej i zaakceptowania tego, że zmiana była potrzebna, by móc iść dalej. Nawet jeśli nie wszystkie te zmiany rozumiesz już dziś. 

Zaakceptuj ból by uniknąć cierpienia

owca

Jeśli unikasz bólu, unikasz też przyjemności. Ból podąża zawsze za przyjemnością, jest jak jej brat, jak jej cień. Unikając bólu może nigdy nie upadniesz, ale też nie znajdziesz się na szczycie, nawet na chwilę. Nie żyjesz naprawdę, pozostajesz zamrożony, jeśli nie uznajesz też istnienia śmierci. Życie i śmierć są nierozłączne jak przyjemność i ból.

„W jaki sposób uniknąć gorąca i zimna?(…) Mistrz odpowiedział: Bądź gorącem, bądź zimnem“. Paradoksalnie: „Aby uwolnić się od bólu, powinniśmy zaakceptować ból jako zjawisko nieuniknione i naturalne. Ból jest bólem. Doświadczenie bólu jest faktem. Natomiast cierpienie to wyraz odrzucenia bólu, żądanie by życie nie było bolesne. To odrzucenie faktów, zaprzeczenie życiu i naturalnemu porządkowi rzeczy“ ( Osho)

Cierpienie nie pochodzi więc z samego bólu, ale z zaprzeczania temu, że jest on czymś właściwym i naturalnym. Cierpienie pochodzi od pragnienia, by ból był nieobecny i nadawania mu specyficznych interpretacji- czegoś, co miało się nam nie przydarzyć. Zaakceptuj zarówno lato, jak i zimę. Zaakceptuj przyjemność i ból, życie i śmierć, wzloty i upadki. Wówczas ból pozostanie tylko bólem, który przemija, zamiast cierpieniem, które każdego dnia otwiera ranę na nowo.